10/06/2019
Na rumuńską Bukowinę przyjechałem z nadzieją i wiarą w sukces. Wkrótce miałem się przekonać jak wiele trudności czeka na mnie na miejscu; nowe miejsce, nowi ludzie, nowe sytuacje, nietypowe sposoby nauczania, olbrzymia bariera językowa.
Jednak już po pierwszym roku wiedziałem, że to właściwe miejsce, że polubiłem tę pracę i ludzi z Bukowiny. Przez kolejnych sześć lat sugerowałem ORPEG, by mnie nie zabierano, bo widzę sens kontynuacji mojej pracy. Na moje lekcje przychodzili nie tylko Polacy, ale i Rumuni.Widziałem, jak moi uczniowie dorastają, cieszyłem się ich sukcesami i wspólnie przeżywaliśmy porażki. Z wieloma mam kontakt do dzisiaj. Zawiązałem wiele znajomości, czasami nawet przyjaźni, co sprawiło, że poczułem się prawie jak w domu. Nie chciałem wyjeżdżać z Bukowiny.
Mija właśnie rok od wypadku, który przekreślił moje plany i spowodował, że zmieniło się moje życie.
To był trudny rok walki o zdrowie i życie, walki z instytucjami.
Oczywiście nie przestaję myśleć o Suczawie , Pojanie Mikuli, Moarze, Paltinoasie, bo wiem sporo o moich rodakach i z niepokojem spoglądam w przyszłość.
Jesteśmy wszyscy Polakami i wszystkim nam zależy na kultywowaniu tradycji, wiary i języka. Nie znaczy to jednak, że wspólnie nie można zrobić więcej – wyjrzeć poza skansen, w którym chcieliby nas widzieć turyści, poznać lepiej język narodowy, który ciągle się rozwija i jego dobra znajomość pomaga znaleźć w Rumunii i w Polsce godną pracę za dobre pieniądze.
Dlatego też, nie zważając na dziwne decyzje i traktowanie nas przez Dom Polski i Związek Polaków w Rumunii, postanowiliśmy wspólnie z żoną, wyjść z propozycją fachowej pomocy i współpracy w przyszłości.
Proponując jedynie pomoc w zdobywaniu wiedzy, oferując nieodpłatną pracę w interesie bukowińskiej społeczności Polaków (przygotowanie odpowiednich materiałów szkoleniowych), mieliśmy głębokie przekonanie, że nasza inicjatywa zostanie przyjęta ze zrozumieniem i wspólnymi siłami osiągniemy w przyszłości wysoki poziom znajomości języka ojców wśród młodego pokolenia Bukowińczyków - damy możliwość certyfikowanych egzaminów europejskich z języka polskiego.
Mieliśmy prawo sądzić, że może nam się udać uczyć współczesnego języka polskiego i jednocześnie pielęgnować zagrożoną gwarę. Wyniki naszych uczniów, rozmowy ze środowiskiem Rodaków z Bukowiny, pozwalały żywić optymizm.
Nasze propozycje zaprezentowaliśmy Zarządowi Związku Polaków w Rumunii. Niestety, zamiast konstruktywnej odpowiedzi, bądź uzasadnionej odmowy współdziałania otrzymaliśmy „w podziękowaniu” serię zarzutów, nie potwierdzonych żadnymi dowodami, o złej jakości naszej pracy i decyzję o nieprzedłużaniu współpracy na przyszłość. Próby rozmów z Prezesem wywołały jedynie jego niekontrolowaną agresję słowną.
Doskonale rozumiem, że jego opinia na nasz temat jest niemerytoryczna i z pewnością znacznie różni się od opinii wielu naszych uczniów, ich rodziców i środowiska bukowińskich Polaków . Miałem tego dowody nie tylko w czasie sześcioletniej pracy w Rumunii, ale również podczas pobytu w szpitalu w Suczawie, gdzie znalazłem się wskutek nieszczęśliwego wypadku.
Gdyby nie pomoc i wsparcie niektórych rodzin polskich z Bukowiny, którym szczególnie serdecznie dziękuję, rozwiązanie moich problemów byłoby niemożliwe. To jest prawdziwa miara człowieczeństwa i postawy chrześcijańskiej.
W tym miejscu nadmienię, że NIKT z przedstawicieli Uniunea Polonezilor ani z Kuratorium Oświaty, na którego zaproszenie przebywałem w Rumunii, nie zainteresował się moim losem; nie pomagał również mojej żonie, która znalazła się w bardzo trudnej sytuacji.
To smutne i niezrozumiałe, jak w obliczu cudzego nieszczęścia, można zachować taką obojętność. To również jest miara – tylko czego? „Pycha kroczy przed upadkiem.”
Czy to dobre i sprawiedliwe, że kaprys jednego człowieka decyduje o losach polskiej społeczności na Bukowinie? Czas najwyższy zastanowić się nad tym problemem, bo jest to problem poważny; decydować o sobie w swoim własnym interesie, w swoim własnym domu.
Kiedy spotykamy się na odpustach, dożynkach, festiwalach wszystko wydaje się piękne. Zaproszeni goście uśmiechają się, dziękują, są wdzięczni. Wspólnie śpiewamy, tańczymy, jemy smaczne regionalne potrawy, ale czy to jest wszystko, co chcemy powiedzieć o sobie przyjezdnym.
Na fotografii w „Polonusie” wszystko wygląda pięknie, a jak jest faktycznie..?
Dziękuję moim uczniom oraz ich rodzicom za słowa wsparcia i dowody sympatii. Zapewniam WAS, że pozostajecie ciągle obecni w mojej pamięci.
Tomasz Kobuszewski