20/03/2026
Słucham właśnie „Dr. Feelgood” i mam jedno wrażenie, którego nie da się już „odsłyszeć”…
**tu jest zaskakująco dużo „Abbey Road”. Serio.**
Niby Mötley Crüe, 1989, glam/hard rock, a jednak pod spodem siedzi coś dużo starszego — podejście do pisania piosenek, które bardziej kojarzy się z The Beatles niż z metalem.
Chodzi głównie o melodie. Te refreny nie są tylko „ciężkie” — one są **chwytliwe do bólu**. Wchodzą od razu, zostają w głowie, działają jak klasyczny pop najwyższej próby. Dokładnie jak na „Abbey Road”.
Do tego dochodzi produkcja. Wszystko jest poukładane, przestrzenne, dopieszczone warstwowo. Gitary są grube, ale nie zalewają całości. Wokale siedzą idealnie w miksie. Nic nie jest przypadkowe. To nie jest brudny rock — to jest **świadomie zbudowana piosenka**.
I tu wchodzi Bob Rock cały na biało. On nie tylko nagrał ten album — on go „ułożył”. Tak, żeby każdy numer działał jak singiel. Tak, żeby ciężar nie zjadał melodii.
Dlatego „Dr. Feelgood” działa trochę jak pomost:
z jednej strony 80s hard rock, z drugiej — filozofia pisania utworów rodem z lat 60.
I może dlatego ta płyta tak dobrze się zestarzała.
Bo na końcu dnia nieważne, czy grasz glam, metal czy cokolwiek innego —
**jeśli masz melodię jak Beatlesi, to wygrywasz.**
—
Jak już to usłyszysz, to koniec 😄
Też macie takie skojarzenia z „Abbey Road”, czy tylko mi tak siadło?
Pierwszy Amerykański Press, odsłuch EX a nawet NM - idealny - 500PLN